Wąskie gardło króla Anglii. Gdy słowa nie płyną tamowane traumą.
Artykuł zawiera spoilery!
To "rechot historii" gdy w epoce radia królem zostaje jąkała. To "żart czasów" gdy w najtrudniejszym okresie w historii Anglii, królem zostaje osoba z neurotycznym i lękliwym ego. To "drwina epoki" gdy największym przeciwnikiem króla z blokadą werbalną jest Adolf Hitler, mistrz słowa mówionego.
A jednak się udaje. Król Jerzy VI słowem rozpalał duszę Anglików. Jego mowy niesione eterem radiowym były iskrą i balsamem dla obywateli Wielkiej Brytanii.
Film "Jak zostać królem" jest hipnotyzujący. To wciągająca opowieść o tym jak zdobyć się na odwagę by wydobyć z siebie słowo, słowa a w końcu zdania. To film o strachu paraliżującym język.
To co sprawia, że ten film jest tak dobry, to jego zdolność, nie tyle do pokazania lęku bohatera, ale zaszczepieniu lęku u samego widza. Słaby reżyser opowiadając tą historie pewnie skupiłby się na wywołaniu u widza empatii i litości w stosunku do głównego bohatera. To robi się wykorzystując najprostsze "symbole cielesne": drżenie rąk, pot na skroniach, rozszerzone źrenice i drżący głos. Mistrzostwo Tom Hoopera polega na tym, że "wchodzi" głębiej w widza, zaraża go awersją do mikrofonu. Zamiast litość widz odczuwa "identyfikacje lękową" z bohaterem. Zbliżenia i "klaustrofobiczne" ujęcia mikrofonu, ta perspektywa kamery, która czyni z mikrofonu "mroczny przedmiot strachu". To wszystko kumuluje moc fobii i aż ...brakuje słów.
Ten film jest nasączony "akcją" słowa. Dialogi intrygują, rozśmieszają, "urefleksyjniają". A dwaj główni bohaterowie to ciekawe, poplątane osobowości, które łączy szorstka przyjaźń. Obaj są z innych światów i poprzez docieranie się i zjednoczenie obie persony potrafią stanąć ponad swoimi kompleksami. Szczególnie ciekawa jest tutaj postać króla, który walczy nie tylko o swój głos ale także w jego wnętrzu rozgrywa się bój między "realizmem" (nasz rodzina to firma) a "Ideologią" (jam jest król z Bożej łaski).
W tym filmie mamy mistrzostwo obrazu, mistrzostwo słowa, rewelacyjna grę aktorską i ciekawą historii. "Jak zostać królem" w pełni zasłużył na "koronację" oscarową.
doktor_pueblo
Mistrzostwo Toma Hoopera polega przede wszystkim na tym, że bardzo skrupulatnie przestudiował podręcznik "Jak zostać królem Oscarów" i zrealizował jego zalecenia co do joty. Wziął ulubioną opowieść Amerykanów o pokonywaniu swoich słabości i o tym, że nigdy nie należy się poddawać, dodał wątek szorstkiej przyjaźni, dobre zdjęcia i dialogi, znalazł świetnych wykonawców i sukces gotowy. Oczywiście obowiązkowo mamy w filmie "przełomowy" grande finale, w którym widzowie sięgają po chusteczkę i po telefon do znajomego ("Musisz to obejrzeć!"). Mnie niestety scena, w której wielotysięczny tłum wiwatuje z radości, że król się nie jąka, raczej rozbawiła niż wzruszyła.
Ale tak, zgadzam się, filmowej kuchni nic nie można zarzucić. To na pewno świetnie wysmażony kotlet.
rycerzXmuzy
Prawie masz racje ale pominąłeś jeden istotny element. Hopper zrobił oscarowego "kotleta" ale składniki jaki miał do przygotowania tego filmowego dania wcale nie były apetyczne. Gdy porównamy go do najbardziej "skotleciałego" kotleta filmowego, czyli Rockiego, to widzimy że Hopper nie miał łatwego zadania. Tu antagonistą nie jest budzący powszechny lęk 120 kg bokser, ale 40 cm mikrofon. W "Jak zostać królem" nie mamy całego arsenały "środków ruchowych" jak nawalanie zamrożone żeberka i starcie na ringu tylko walkę z wadą mowy, ciężko przekładalną na angażujący obraz.
Zgadzamy się co do tego, że film zrobiony został pod skrypt "kotletowego filmu" ale wypełnienie tego skryptu,i użyte składniki no i smak kotleta pozwalają ocenić Hoppera jaki mistrza "filmowej kuchni".
doktor_pueblo
Cóż, każdy ma inny gust. Mi akurat "Jak zostać królem" wybitnie nie podszedł i wyżywam się na nim przy każdej okazji :) To co mi w tym filmie przeszkadza, to że udaje coś więcej niż jest. Nazywanie go najlepszym filmem roku jest dla mnie jak policzek wymierzony kinematografii, bo jest sugestią, że w kinie liczy się przede wszystkim rzemiosło. Ja szukam w kinie zupełnie czego innego. "Rocky" nic nie udawał i chyba dlatego podobał mi się bardziej.
PS A Oscar jest w pełni zasłużony, tyle że ja podpisuję się pod słowami Buñuela: "nie ma dla mnie nic bardziej moralnie obrzydliwego niż otrzymanie Oscara" :))
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook