Życie jako zródło cierpienia
Artykuł zawiera spoilery!
Kino, w swoim głównym nurcie, to oczywiście "opium dla mas". Jest niczym wróżka do, której przychodzi się po optymizm, nadzieje i przekonanie, że może być lepiej niż jest. Kino jest właśnie takim dostarczycielem iluzji, które pozwalają żyć. Widz chce w nim zobaczyć szczęśliwe zakończenie, spełnione marzenia czy sprawiedliwy świat. To taka ucieczka od życia, które jest, jak mawiał Woody Allen, nędzne albo koszmarne.
Czasem jednak kino "dotknie" życia i ukaże je w jego czystej formie, jako źródło cierpienia. I co gorsze, pozbawi złudzę, że to się może zmienić.
"Zostawić Las Vegas" jest filmem nasączonym pesymizmem. Tu uśmiech na twarzach ludzi spotykamy tylko u prostytutek wabiących klientów. To dramat w czystej formie, bez happy endu.
Miasto Las Vegas jako miejsce akcji tego filmu nie zostało wybrane przypadkowo. Tam najlepiej widać kontrast między poezją bilbordu i marketingu a proza czy koszmarem życia. I praca kamery w tym filmie ciągle nam to ukazuje. Sceny często są złożone z ujęcia pokazującego plan ogólnym miasta z cała jego karnawałowością, by zaraz zejść do poziomu ulicy i ukazać ludzkie twarze. Uśmiech z bilbordu zostaje szybko zamieniony na egzystencjalny grymas.
Głównym bohaterem filmu jest Ben, mężczyzna po przejściach, który pozbawiony ostatniego elementu jaki dawał sens jego życiu, czyli pracy, postanawia urządzić sobie samobójczy pijacki maraton. W towarzystwie jedynej przyjaciółki, butelki wysoko procentowego alkoholu, przemierza ulice Las Vegas. Nigdzie nie zmierza, pije właśnie dlatego, że nie ma dokąd zmierzać.
Na swojej drodze spotyka śliczna prostytutkę, która jak on jest zagubiona. Nie tylko w Las Vegas, ale i w życiu. Samotność i brak nadziei łączy ich ze sobą. To nie miłość, to potrzeba bycia z kimś sprawia, że są razem.
Jednak ta chwila radości, kiedy odnajdują siebie, jest tylko krótkim epizodem. Bycie razem niczego nie odmienia, a czasem nawet dodaje trochę cierpienia. Bycie razem niczego nie odmienia, dramat ich życia trwa nadal.
Ta filmowa opowieść wywołuje w widzu ogromny smutek, i wielka w tym zasługa Nicolasa Cage'a, który jest w tym filmie fenomenalny. Jego gra jest charyzmatyczna, widok drżącego, w stanie delirycznym, Bena wywołuje uczucie zimna. Jego twarz, człowieka złamanego życiem i nałogiem, przekazem dociera do najgłębszych pokładów empatii i żalu u osoby, która ją widzi.
Film na niezwykłą moc oddziaływania emocjonalnego. Przed rozpoczęciem seansu nie radze prażyć popcornu, bo i tak nie przejdzie on przez gardło. A szczególnie wrażliwi powinni pochować wszystkie żyletki i ostre narzędzia, oraz mieć kilka antydepresantów pod ręką.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook